Katarzyna Rosicka-Jaczyńska Ołówek

Okładka

DKK działający w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Hajnówce poleca autobiografię Katarzyny Rosickiej-Jaczyńskej Ołówek.

Kiedy wzięłam Ołówek do ręki, o autorce nie wiedziałam zupełnie nic, ani nawet nie wiedziałam, czego mam się spodziewać po książce, gdyż tytuł sam w sobie niczego tak naprawdę nie zdradza, póki nie zajrzymy do środka.

Ołówek jest niechronologicznym, wielowątkowym zapisem ludzkiej historii, która jak rozmowa, schodzi raz po raz na boczne tory, by ostatecznie wrócić na tor główny, tor nieuleczalnej choroby.

Katarzyna, matka trójki dzieci, fizycznie przy nich nieobecna, angażująca się w kolejne związki bez przyszłości - kobieta, wreszcie, a może przede wszystkim, właścicielka odnoszącej sukcesy agencji reklamowej, jest marką sama w sobie. W szalonym rytmie życia prywatnego i profesjonalnego, rozpędzona przez kolejne wyzwania, sukcesywnie dopina wszystko na ostatni guzik… aż do diametralnej zmiany, chwili, gdy nie jest w stanie samodzielne zapiąć guzika własnej koszuli. Bagatelizując sygnały i ostrzeżenia, wreszcie zostaje zdiagnozowana jako cierpiąca na nieuleczalną, nieuchronnie postępującą i wyniszczającą chorobę, obdzierającą ją z każdą następującą chwilą z samodzielności, niezależności, godności. Z pani życia staje się niewolnikiem życia, zależnym od innych, zdanym na innych w najintymniejszych nawet jego aspektach.

Jestem zdania, że nie można ocenić czyjejś biografii, powiedzieć: to było bardzo dobre albo wprost przeciwnie, nieudane, zmarnowane życie. Nie czuję się też na siłach aby oceniać bohaterkę, która zresztą sama o sobie mówiła, że nie chce być ofiarą, nie chce, aby jej współczuć. Być może ta książka była dla autorki testamentem, może swoistym katharsis, ale jednocześnie nie ma tam żalu nad tym, jak spędziła swoje życie ani rozważań o tym, jak mogła je lepiej spożytkować. Obecna jest jedynie wszechobecna tęsknota za utraconą kontrolą, za bliskością, której nie umie zrealizować, za rzeczami, których nie będzie jej już dane doświadczyć.

Dla mnie najistotniejsze jest to, co z tej książki wyniosłam dla siebie. Przede wszystkim dostrzegłam triumf umysłu nad słabością i ułomnością ciała. Dziką determinację i niezwyciężoną wolę walki wbrew prognozom lekarzy, wbrew ograniczeniom, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Pochwałę spraw prostych, małych cudów codzienności i zachwytów, których ludzie nie mają czasu rozważać w nieustannym rytmie dnia powszedniego. Przewartościowanie własnego życia według nowych priorytetów; autorka, dumna i świadoma swej urody, w pewnym momencie jest rozdrażniona faktem, iż doceniana jest jej powierzchowność. Nie chce być piękna, chce być zdrowa. Nie chce być ślicznym aniołkiem, chce być po prostu człowiekiem. Książka uświadamia czytelnikowi wiele spraw. Poszukiwanie równowagi, lawirowanie między jedną skrajnością a drugą. Pokorę. Zrozumienie dla cierpienia innego człowieka, dla jego odmienności, dla jego choroby, dla jego niedoskonałości, a przede wszystkim zrozumienie jego godności – godności jednostki ludzkiej. Zatrzymanie się w tym oszałamiającym pędzie, jaki wymusza na nas dwudziesty pierwszy wiek. Mylne przekonanie, że mamy czas, że istnieje pewne, nieodwołalne później – czas na realizację wszystkich planów i zamierzeń… jednak czasami świat weryfikuje to przekonanie i okazuje się, że nie ma żadnego później.

Paulina Młodzianowska