WEJŚCIE SMOKA

msk1

On jest smokiem, ale nie potrafi ziać ogniem. Nie pachnie siarką, lotnik też z niego żaden – w jego przypadku skrzydła lepiej się sprawdzają jako wachlarze. W gruncie rzeczy tchórzliwy z niego osobnik. Na pewno jest naiwny i posiada niesamowity talent pakowania się w kłopoty. Dodajmy, iż jest także pisarzem, ale jeszcze nic nie napisał. Ma na imię Hildegunst Rzeźbiarz Mitów i pochodzi z Camonii – świata, w którym literatura żyje naprawdę.

Oto mamy Księgogród – miasto, w którym życie toczy się wokół książek. Żyją w nim wydawcy, pisarze, krytycy literaccy oraz łowcy manuskryptów różnej maści. Na ulicach możemy spotkać Dzikunów (wyśmienitych, choć podstępnych agentów literackich), Psiarzy, wielkie robale i mniejsze, ale za to bardzo krzykliwe Żywe Gazety. Antykwariaty przeplatają się z księgarniami, w karczmach serwuje się książkowe ciasteczka, a pod tym wszystkim znajdują się katakumby, w których bezcennym skarbem, a zarazem największym niebezpieczeństwem są stare tomy i pergaminy.

Oto Księgogród – miejsce, w którym sympatyczny, choć gapowaty smok Hildegunst ma zamiar odnaleźć najlepszego pisarza wszech czasów. Tak w telegraficznym skrócie wygląda Miasto śniących książek Waltera Moersa.

Mogłoby się wydawać, iż fabuła powieści niemieckiego pisarza i rysownika nie jest szczególnie oryginalna. Właściwie to trąci myszką. Literatura fantasy wszak od dawna eksploatuje wciąż te same motywy, które zawarte są w Mieście śniących książek. Jak to możliwe, że odgrzewany po raz kolejny kotlet smakuje wciąż znakomicie? Przecież opowieść o perypetiach smoka-pisarza in spe, który zanim zdobędzie sławę i pewność siebie musi odnaleźć autora najlepszej opowieści na świecie to tylko powieść drogi w przebraniu.

To przecież następna wariacja historii małego hobbita-wybawcy, kroczącego przez nieprzyjazne krainy wypełnione po brzegi wrogami. Mamy w książce Moersa to samo, co mieliśmy w tysiącach innych – zagadkę, artefakt, bohatera słabeusza, którego przeznaczeniem jest przeżyć wewnętrzną przemianę. Jest zdrada, walka z przeraźliwymi potworami, labirynt do złudzenia przypominający tolkienowską Morię. Właściwie wszystko, co zawiera Miasto śniących książek opisywał już kto inny. Czemu więc podczas lektury czuje się powiew świeżości?

Nie chodzi wszak o to, aby silić się na oryginalność. Wystarczy dobrze snuć opowieść. Niesamowite stwory, niewyobrażalne skarby, porażające swym pięknem i niebezpieczeństwem miejsca to tylko dekoracje, które posłużyły Moersowi do pokazania czegoś innego. Miasto śniących książek jest bowiem książką nie tyle z fabułą, co i z treścią. To literatura z przesłaniem, to tekst, który wyraża sobą bardzo wiele. Inne powieści fantasy skupiają się na pokazaniu niesamowitości świata, prześcigają się tempem akcji. W książce o smoku Hildegunście też znajdujemy to wszystko. Jest tam jednak także znacznie więcej.

Moers to typ pisarza, który nie boi się wykraczać poza granice. Ma nieprawdopodobną fantazję – jego Księgogród i towarzyszące mu katakumby pełne są niesamowitości. Zwiedzając je wraz z głównym bohaterem, co chwila rozszerzamy oczy ze zdumienia. Oto, bowiem ogromna biblioteka żywych i niebezpiecznych tomów wali się nam na głowę.

Po chwili uciekamy do domu łowcy książek, który mieści się w czaszce olbrzyma, następnie czujemy smród wielkiego śmietniska literackiego, swoistego piekła rodem z Fausta Goethego. Następnie widzimy kolosalny, podziemny dworzec Rdzawych Gnomów, na który wjeżdżają wagony pełne dzieł literatury camońskiej. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim czają się w ciemnościach oczy małych cyklopów, którzy przyjmują imiona swoich ulubionych pisarzy. W tym wszystkim ma się odnaleźć młody (tylko siedemdziesięcioletni) smok-nielot, któremu właśnie zmarł ojciec literacki. Moers kreuje świat, który zawiera wszystkie elementy innych światów fantasy i wypełnia go stworzeniami do złudzenia podobnymi do innych, już opisanych stworzeń z mitologii oraz fantastyki. Miasto śniących książek to wytwór recyclingu literackiego. Włóż do gara wszystko, co znasz, dodaj dużo przypraw i włóż w gotowanie dużo pasji – będziesz miał to samo.

Czy to źle? Nie, skądże. Żyjemy w świecie, w którym wszystko zostało już wymyślone. Grunt to owe wytwory wyobraźni opisać jeszcze bardziej trafnie i chwytliwie. A Moers tak właśnie czyni. Mało tego! Jego książka naszpikowana jest symbolami, pełna jest tropów, które sprzyjają refleksji. Kto bowiem uwierzy, tak jak uwierzył Hildegunst, przyjaznemu aż do przesady Fistomefelowi Szmejkowi – robalowi, który w swoich łapach trzyma cały księgarski przemysł Księgogrodu? Wszak Fistomefel to anagram od imienia diabła – Mefistofelesa. Znowuż Homunkolos, to homunkulus, czyli wariacja golema – istoty stworzonej na podobieństwo ludzkie, ale z gliny (homunkulus Moersa jest istotą stworzoną z książek). Buchlingi to bibliofile, a niewiara Hildegunsta w mitycznego Orma jest zwątpieniem młodego pisarza w wenę twórczą.

Jednak najważniejsze, że podróż głównego bohatera w głąb katakumb Księgogrodu to wycieczka Fausta z utworu Goethego po piekle. To eskapada po niebezpieczeństwach czyhających na każdym kroku i przestroga przed toczeniem życia złoczyńcy. Wreszcie – to swoista wersja mitu o Prometeuszu, wszak Hildegunst przynosi oczyszczający ogień potomnym, by nie wierzyli więcej w kłamstwa łotrów i otworzyli szerzej oczy, by ich życie było pełne światła.

Mogłoby się wydawać, że Miasto śniących książek to pozycja dla dzieci. Tym bardziej, że jest bogato ilustrowana, a rysunki są utrzymane w klimacie bajek dla najmłodszych. Owszem, dzieciom też się powieść Moersa spodoba. Jednak najwięcej lektura ta ofiaruje starszym, którzy już zapomnieli jak to jest cieszyć się czytaniem. Przygody Hildegunsta też przydadzą się ludziom tkwiącym w pokręconych labiryntach życia bez moralności. Co prawda książka nie wyprowadzi ich z ciemności pustych korytarzy, ale podpowie, że szukanie wyjścia jest jedyną słuszną drogą. Bo - jak mówi jeden z bohaterów powieści – „lepiej umrzeć wyprostowanym, niż pełzając jak meduza”.

Emil Strzeszewski

DKK w Śniadowie