Czterysta batów

Recenzja powieści Davida Gilmoura „Klub filmowy”, Wydawnictwo Dobra Literatura

klub_filmowy1

Jak byś zareagował, gdyby pewnego dnia okazało się, że twoje ukochane dziecko – twoja duma i chluba – nie chce chodzić do szkoły? Złością? Groźbą? Szantażem? Karą? Propozycją terapii?

Nie wiem, czy zdobyłabym się na takie wyjście, na jakie odważył się David Gilmour, ojciec nastoletniego Jessego. „Klub filmowy” to bowiem nie tyle historia zbuntowanego i zagubionego nastolatka, ile opowieść o odwadze podejmowania decyzji i ponoszenia ich konsekwencji. Niektórzy z pewnością stwierdzą sardonicznie: przecież ta książka jest antywychowawcza i niepedagogiczna. David nie jest wzorowym ojcem, to antyrodzic – parafrazując słynnego „antychrysta”. No bo jak to! Przecież sam proponuje nastolatkowi, by rzucił szkołę. No dobrze, ale takiej empatii i wyczucia chwili można mu pozazdrościć. We właściwym momencie, zanim będzie za późno, rzuca tonącemu koło ratunkowe. Pozwala mu na poufałość i kumpelskie rozmowy. O czym? O seksie, dragach, kobietach, piciu, wagarowaniu, kontestacji, uczuciowych drogach i bezdrożach, damsko-męskich klęskach i podbojach. Ale dlaczego nie? Może właśnie w tym szaleństwie jest metoda... Jeśli David trzymałby się kurczowo stereotypu nobliwego, surowego rodzica będącego ostoją moralności, zamiast pokonywać bariery dzielące ojca i dorastającego syna, niechybnie skazałby się na wykluczenie z jego nastoletniego świata. Zaskoczyła mnie szczerość w ich wzajemnych relacjach, zauroczyły szacunek, akceptacja i zaufanie. Nawet jeśli postawa Davida jednych zirytuje i zbulwersuje, innym może zaimponować. W naszej dyskusyjnej grupie zdania były podzielone. Na mnie wybór Davida podziałał inspirująco. Uświadomiłam sobie, że hipokryzja to niebezpieczna metoda wychowawcza, która w wielu rodzinach zniszczyła relacje między nastolatkami i rodzicami. Przecież nikt nie jest doskonały. Niejeden dorosły, cieszący się w swoim środowisku uznaniem, ma poza sobą młodość chmurną i durną. Jeśli stać go na odwagę, by być sobą w relacji z dorastającym dzieckiem i nie kreować się na kogoś lepszego, niż się jest w rzeczywistości, to można mu jedynie pogratulować autentyzmu i  pokory wobec siebie, ale też wobec nastolatka. 

„Bo ja w twoim wieku...” Któż z nas nie był raczony w dzieciństwie podobnymi paralelami, które młodym ludziom podcinają skrzydła i sprawiają, że czują się głupsi, gorsi, bezwartościowi. David stawia na bycie sobą i prawo do popełniania błędów. Poświęca Jessemu cały swój czas. Dając mu wolność, zawierza mu bezgranicznie. Czy Jesse zdaje sobie z tego sprawę? Czy jest świadomy, że w sytuacji, w jakiej się znalazł, staje się odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale i za ojca? Dojrzewanie to pasmo błędów i klęsk. Tak jak rodzicielstwo. Ale najważniejsze jest zaufanie. Nawet jeśli chwilami wydaje się, że nawzajem siebie zawiedliśmy. I rodzic syna, i syn rodzica. Czy istnieje wychowanie bez porażek? Chyba tylko w teorii. Z takich porażek krystalizuje się bowiem wzajemna relacja. Zdolność do wybaczania, akceptowania – i zdolność do skruchy, do ponoszenia konsekwencji, wyciągania wniosków. Porażki stają się próbą charakteru. Właśnie na tym polega zwycięstwo Davida jako ojca. Dał sobie i Jessemu prawo do popełniania błędów. Akceptacja siebie nawzajem, z bagażem ułomności i słabości, ale też umiejętność przebaczania, godzenia się ze sobą i ze światem, scementowały ich relacje. Ale to nie wszystko. Młody człowiek oprócz bezwarunkowej akceptacji ze strony ojca otrzymuje jeszcze coś bezcennego. David zdaje się na intuicję, na rodzicielski instynkt i miłość do syna. Nie chce wywierać na niego presji. Wzdraga się przed zastraszaniem go, zmuszaniem do czegokolwiek. Zdaje sobie sprawę, że takie działania mają charakter doraźny i mogą być tragiczne w skutkach. Zamiast desperacji szuka w sobie miłości do dziecka. Zamiast poddawać się uczuciu rozczarowania, poszukuje alternatywy. Rozwiązania problemu, a nie jego eskalacji. Z godną pozazdroszczenia odwagą pozwala synowi dokonać samodzielnego wyboru. Ale nie pozostawia go samego z tą decyzją. Proponuje mu edukację filmową. Najgorszym rozwiązaniem byłaby bowiem bezczynność. Jako krytyk filmowy i dziennikarz może zaoferować Jessemu swoją pasję, wiedzę i doświadczenie. Jesse może rzucić szkołę, ale musi zgodzić się oglądać z ojcem trzy wybrane przez niego filmy tygodniowo, przyjąć jego warunki i wziąć na siebie odpowiedzialność za dotrzymanie słowa.

 

„Klub filmowy”, jeśli nawet nie porwał wszystkich walorami literackimi, dramaturgią i głębią psychologicznej analizy, zauroczył nas swą idée fixe. Udzieliła nam się magia kina. Możliwe, że czuliśmy niedosyt. Były momenty w książce, kiedy brakowało nam pełniejszego wglądu w problematykę filmów oglądanych przez Jessego i Davida. Niektóre zostały zaledwie muśnięte, rozbudzając nasze apetyty na ich obejrzenie. Ale czyż dzięki temu książka nie zyskała na atrakcyjności? Czasem, tak jak to czynił David w trakcie dyskusji z Jessem, lepiej nie zdradzać za wiele, nie mówić za dużo, w porę ugryźć się w język, by nie przytłaczać własną erudycją, lecz pozwolić przemówić emocjom swojego adwersarza. Po ostatnim spotkaniu DKK chciałoby się powiedzieć o powieści Gilmoura: to kawał dobrej literatury, ale zamiast tego ciśnie mi się na usta: to kawał dobrego kina. Filmowa retrospektywa. Podróż do źródeł kinematografii.

Pamiętacie „Czterysta batów” François Truffauta? Jego debiut reżyserski. Czy wiedzieliście, że François Truffaut był wagarowiczem, zanim został uznanym filmowcem? Właśnie o tym opowiada ten film. To jest także historia Jessego. On jeszcze o tym nie wie. To dopiero początek. To pierwszy film, który ogląda wspólnie z ojcem. Ojciec jest jak pełen współczucia redaktor, ten słynny redaktor, który zaproponował Truffautowi pracę w charakterze krytyka filmowego. Nie bacząc na jego przeszłość wagarowicza i brak wykształcenia. To nie przypadek, że właśnie ten film zapoczątkował edukację Jessego. Tytuł filmu oznacza, że człowiek mądrzeje dopiero po otrzymaniu czterystu batów. Być może to przesłanie dojrzeje w Jessem dopiero za kilka lat, ale wierzę, że kiedyś do niego powróci, może w chwili, gdy będzie podejmował życiową decyzję i zapragnie podzielić się nią z Davidem? A zatem David jest jak pełen współczucia redaktor, który dał szansę wagarowiczowi. Dał szansę swojemu synowi. I dał szansę sobie jako ojcu. David pragnął ocalić wrażliwość Jessego, uchronić go przed cierpieniem i porażką, ale jego rolą jako ojca było pozwolić synowi doświadczyć klęsk dorastania i miłosnych zawodów. David to nie tylko pełen współczucia redaktor, który daje szansę wrażliwemu nastolatkowi, ale przede wszystkim pełen mądrości i cierpliwości rodzic, który nie zakazuje, ale rozmawia, który nie narzuca, ale słucha. Jest czujny. Pełen umiaru. Nie chce przedobrzyć, przesadzić. „Zna” granice. Instynktownie potrafi je wytyczyć, bez naruszania intymności i poczucia godności syna. 

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Aż trudno w to uwierzyć. I co poniektórzy dali temu wyraz. Ktoś zakwestionował rzetelność w ukazywaniu faktów. Możliwe, że zostały podkoloryzowane. Podbarwione dobrymi intencjami. Myślę jednak, że nie to jest najistotniejsze. Bez względu na to, czy wszystko to prawda czy fałsz, ta historia wywołuje emocje. Prowokuje do dyskusji. Czasem zmusza do zweryfikowania własnych metod wychowawczych, do odnalezienia w sobie iskierki pokory. David wbrew pozorom nie jest antywzorcem rodzica. Sądzę, że można się od niego wiele nauczyć. Jak nie przedobrzyć. Nie powiedzieć za dużo o jedno słowo. Jak przyznać się do porażki i nie stracić do siebie szacunku, jak się nie poddawać, mimo poczucia, że wszystko zawiodło, i trzymać się raz obranego kierunku, który prowadzi do celu, nawet jeśli momentami się błądzi. A przede wszystkim – że warto zaryzykować. Że czasem trzeba postąpić zgodnie z tym, co podpowiada nam serce, nie rozum. I że z roku na rok nasze dzieci są coraz doroślejsze i coraz bardziej niezależne, ale jeśli było się zawsze z nimi, a nie przeciwko nim, to bez względu na okoliczności one odpłacą nam szczerą miłością, lojalnością i wdzięcznością. I to jest piękne! I za to cenię Davida, „Klub filmowy” i jego pomysł na edukację syna. Edukację w szerokim znaczeniu. Filmową, duchową, intelektualną, artystyczną – i koniec końców życiową. To była trudna, ale motywująca lekcja dojrzewania. Warto było ją przeżyć razem z Jessem.

Jolanta Chrostowska-Sufa

DKK dla dorosłych w Zambrowie