Ach, ten niesamowity Umberto Eco!
(próba zrozumienia świata: „Cmentarz w Pradze”)

Money makes the world go round…

cmentarz

Wśród ludzi usiłujących zrozumieć świat, by później swoje pojęcie o świecie przekazać innym ludziom, Umberto Eco zajmuje miejsce czołowe (jeżeli w ogóle nie pierwsze). W ostatnią środę maja mieliśmy możliwość porozmawiania o jego utworze noszącym tytuł „Cmentarz w Pradze”. To wyjątkowy utwór w twórczości jednego z najbardziej znanych pisarzy naszych czasów. Można by nawet powiedzieć, że najbardziej demaskatorski. Chociaż właściwie to chyba większość czytelników zdaje sobie sprawę z roli, którą w świecie odgrywają tzw. służby specjalne. Umberto Eco chyba nieco przejaskrawia, przerysowuje tę rolę, ale takie jest prawo artysty. Zresztą gdyby nie te przejaskrawienia trudno byłoby czytelnikowi zrozumieć, czemu ludzie należący do tych służb darzeni są przez autora powieści taką niechęcią. W swoim utworze próbuje pisarz pokazać mechanizm rządzący światem i sposób w jaki ten mechanizm, sterowany przez służby specjalne w różnych krajach, wykorzystuje ludzkie przesądy, fobie, nacjonalizmy, niechęci czy też po prostu dewiacje, do utrzymania się władzy oficjalnej przy władzy nierzeczywistej, fikcyjnej. Fikcyjnej, bo władzę rzeczywistą trzyma niewielka grupa ze szczytów zarządzających wywiadem zewnętrznym (czyli szpiegami) i wewnętrznym (czyli donosicielami, czy też, jak kto woli – kapusiami). Tą grupą „trzymającą władzę” (znamy, znamy!) zajmuje się nasza powieść. Ci ludzie aranżują konflikty między państwami, nierzadko w zgodnej współpracy między sobą. Na ich polecenia różnym osobom, którym nie odpowiada istniejąca władza oficjalna, „przytrafiają się” śmiertelne wypadki. Od swoich mocodawców (ze świata władzy oficjalnej) otrzymują ogromne pieniądze na śledzenie obywateli i zapobieganie „spiskom”. Muszą więc uzasadnić swoje istnienie, bo przecież takie pieniądze nie mogą być przekazywane bezpodstawnie.

Łatwo powiedzieć! Ale co zrobić, żeby oficjalny władca (król, prezydent, przewodniczący rady narodowej, parlament, sejm, czy ktokolwiek z tych sfer) uwierzył w konieczność utrzymywania gigantycznych rozmiarów wywiadu, policji, brygad antyterrorystycznych centralnych biur śledczych, antykorupcyjnych itd., itp.? To proste: trzeba wykryć spisek. A jeżeli spisku nie ma? Trzeba go zorganizować, sprowokować ludzi niezbyt przychylnie nastawionych do władzy oficjalnej do wstąpienia do organizacji antypaństwowej, aby potem tę organizację wykryć i zlikwidować. Tak. Likwidacja spisku, to jest to, co służby specjalne lubią najbardziej, bo dzięki temu dofinansowanie z kasy państwowej (lub z kieszeni władcy) jest pewne.

Przy okazji likwidacji można załatwić również jakieś swoje prywatne porachunki ze spiskującą grupą. Jakieś psychozy, fobie antynarodowe, czy zaspokoić swoje szowinistyczne przekonania. Chociaż ci spiskowcy nie zawsze będą zadawać sobie sprawę, że mają do czynienia z prowokacją, a jeżeli już zrozumieją o co chodzi – będzie za późno. Forsa, forsa, forsa. O to zabiegają wywiady we wszystkich krajach świata i nie cofną się przed niczym, żeby zdobyć środki na uzasadnienie swojego istnienia. Prowokacja, szantaż, przekupstwo, fałszerstwo – oto środki uświęcające cel szpiega lub donosiciela: uzyskanie jak największych dochodów na wypadek jakiegoś poślizgu w tej niebezpiecznej przecież pracy. Niebezpiecznej, bo znienawidzonej przez społeczeństwo, któremu się służy.

Autor „Cmentarza w Pradze” pokazuje, jak łatwo można skierować niezadowolenie społeczeństw z sytuacji ekonomicznej (a kto jest z tej sytuacji zadowolony w jakimkolwiek kraju?) na grupę ludzi mogących stać się ofiarami społecznego gniewu. W każdym kraju są mniejszości narodowe, na których ten gniew może się skupić. W większości krajów europejskich tę grupę stanowią Żydzi. I na nich, z reguły, skupia się gniew większości narodowych, w których z kolei dominują hałaśliwi, psychopatyczni, szowinistycznie nastawieni osobnicy, których najłatwiej wykorzystać do zorganizowania zamieszek antyżydowskich (na przykład – antyżydowskich, bo przeciwko każdej grupie można zorganizować zamieszki antymasońskie, antyklerykalne czy też antyreligijne – niepotrzebne skreślić).

Powieść oparta jest na faktach historycznych i postacie w niej występujące są również znane z historii. Jedynie bohater „Cmentarza w Pradze” to fikcja literacka. To groszorób, fałszerz dokumentów (ale fałszerz genialny, co sprawia, że czytelnik czuje do niego sympatię), notariusz (tak!) gotów za pieniądze (zawsze – duże) stworzyć każdy dokument, nazwać go „autentycznym” i jego autentyczność poświadczyć własnoręcznym podpisem. Takiego człowieka można wykorzystać zawsze do uczynienia każdej podłości. Ale nasz notariusz to nie tylko przestępca kryminalny, chroniony przez wysokie sfery w gabinetach służb specjalnych. To również szowinista, który nienawidzi inne narody. Najbardziej Żydów, bo w dzieciństwie straszono go, gdy nie chciał zasnąć, albo po prostu był niegrzeczny, „strasznym Mordechajem”. Jednak obiektem nienawiści Simona Simoniniego (to ten notariusz) są również Francuzi, Włosi, Niemcy, Hiszpanie, Rosjanie i wszyscy inni, czyli jezuici, karbonariusze, masoni, garybaldczycy, monarchiści, republikanie czy anarchiści lub jeszcze inni. Simone pracuje na zlecenie służb specjalnych, wykorzystujących jego umiejętności w produkowaniu rozmaitych dokumentów. Największym jego dokonaniem jest dokument (oczywiście autentyczny), znaleziony w nieco niejasnych okolicznościach. Dokument znany jest w środowiskach antysemickich jako coś w rodzaju sprawozdania ze spotkania naczelnych rabinów z całego świata na cmentarzu w Pradze. To tam, według tego komicznego w treści raportu, naczelni rabini ustalili strategię i taktykę zmierzającą do narzucenia światu władzy Żydów. Trudno ustalić kiedy powstał ten chłam, prawdopodobnie krąży po Europie (a może nawet po całym świecie) od znacznie dłuższego czasu niż chciałby to Umberto Eco. W każdym razie bohater tej powieści zajmuje się w wolnych chwilach uzupełnianiem i aktualizacją tej broszury na potrzeby rozmaitych grup społecznych. W wolnych chwilach czyli takich, gdy akurat niczego nie fałszuje i nikogo nie szpieguje.

Wierzyć się nie chce, że coś tak głupiego i absurdalnego znalazło wiarę w społeczeństwach europejskich, w wieku powszechnego pozytywizmu, w wieku kultury, techniki, postępu i rozwoju myśli filozoficznej. A jednak … Przecież jeszcze dzisiaj nie brakuje ludzi dających wiarę każdej plotce, byle tylko znaleźć pretekst do wystąpień przeciwko mniejszościom narodowym w jakimś kraju. Stąd właśnie biorą się hasła typu „Szwecja dla Szwedów”, „Francja dla Francuzów”, „Polska dla Polaków”, „Niemcy dla Niemców” czy „Norwegia dla Norwegów”. Zgoda: są one rozgłaszane przez hałaśliwy ułamek społeczeństwa, ale przy milczącej aprobacie ogółu. Jak daleko można się przy tym posunąć w powszechnej nienawiści pokazały hitlerowskie Niemcy i rozpętany przez nie holocaust.

Dlaczego Żydzi u schyłku XIX wieku stali się obiektem stopniowego narastania niechęci i (później, w latach czterdziestych ubiegłego stulecia) wręcz nienawiści? Odpowiedź jest prosta. Udziela jej autor „Cmentarza w Pradze” w wyimaginowanej rozmowie między Simoninim i szefem rosyjskiej ochrany, niejakim Raczkowskim. Dialog ten podany jest w powieści w wydaniu z 2011 r. na stronie 386 (wydawnictwo „Noir sur Blanc”, Warszawa – ISDN 978-83-7392-360). Simonini pyta Raczkowskiego czemu w swych dążeniach celuje w szczególności w Żydów. Raczkowski odpowiada:

„Bo w Rosji są Żydzi. Gdybym był w Turcji, mierzyłbym w Ormian.”

To jest tak zwane meritum sprawy. Później Raczkowski uzasadnia w sposób chłodny, że w jego interesie leży, by Żydzi zawsze byli w Rosji, bo wtedy można niezadowolenie społeczeństwa rosyjskiego odwrócić od carskiego dworu i skierować je na Żydów. Szef ochrany mówi:

- Nie kocha się kogoś przez całe życie. To nadzieja niemożliwa do spełnienia, rodzą się z niej cudzołóstwo, matkobójstwo, zdrada przyjaciół … Można natomiast kogoś przez całe życie nienawidzić, pod warunkiem, że zawsze jest, że stale naszą nienawiść podsyca. Nienawiść rozgrzewa serce.

Przesłanie książki jest jasne: z nietolerancji wobec odmienności biorą się czystki etniczne – iście szatański wymysł XX wieku, rasizm, anty …. (tu w miejsce kropek należy wpisać nazwę narodu, który w danym kraju jest w mniejszości) oraz różnej maści nacjonalizmy. Żydzi, którzy doznali od Europejczyków prześladowań to tylko przykład, który podaje Umberto Eco w swojej powieści. Bowiem na każdym kontynencie, w każdym kraju jest mniejszość narodowa, czy religijna, która w każdej chwili może stać się obiektem szykan, wręcz prześladowań. Głównym tłem tych prześladowań będzie sytuacja ekonomiczna, która, jeśli dobra, przyciąga imigrantów. Gorzej, gdy następuje pogorszenie sytuacji materialnej rodzimej ludności, tubylców. Wówczas następuje kolejny exodus, tym razem w odwrotną stronę. W skrajnych przypadkach dochodzi do ludobójstwa (przykład: Ormianie w Turcji, Polacy na Ukrainie w latach czterdziestych, czy wspomniany już holocaust). Rzecz ciekawa – tylko pieniądze powodują prześladowania mniejszości. W sumie nie wiadomo, czy to dobrze jest je mieć, czy też trochę źle, jeśli komuś wpadnie do głowy, że zostały zrabowane ciężko pracującym tubylcom.

Autor niniejszej recenzji miał wątpliwą przyjemność obserwacji rozruchów antyalgierskich we Francji, demonstracji antyimigracyjnych w Szwecji i w Norwegii, a także w Islandii, po wybuchu w tym pięknym i w zasadzie przyjaznym dla cudzoziemców kraju, kryzysu spowodowanego polityką kredytową banków w USA. Pieniądze powodują sympatię, lub niechęć do danej mniejszości narodowościowej. Chciałoby się powiedzieć „Mniejszości narodowe wszystkich krajów – strzeżcie się”. Nie wypakowujcie do końca wszystkich swoich rzeczy przywiezionych do kraju, który może się wam wydawać rajem na ziemi, waszą ziemią obiecaną. Bądźcie zawsze gotowi do wyjazdu. Nie przywiązujcie się do miejsc, w których przebywacie.

Albowiem zawsze się znajdzie jakiś Simone Simonini, który za pieniądze otrzymane od … nie wiadomo właściwie od kogo, sporządzi oskarżycielskie dokumenty świadczące o waszym spisku na naród, wśród którego przebywacie. Takie jest przesłanie powieści Umberta Eco „Cmentarz w Pradze”.

Umberto Eco posługuje się charakterystyczną dla siebie konstrukcją powieści, która to konstrukcja polega na tym, że narrator, którym jest główny bohater (tu cierpi dodatkowo na rozdwojenie jaźni) opowiada o swoim życiu słuchaczowi lub czytelnikowi swoich wspomnień. Można przypuszczać, że „Ecolodzy” potwierdzą te obserwacje (patrz: „Imię Róży” czy też „Baudolino”).

Akcja powieści jest niezwykle gęsta. Powieść jest trudna. Niełatwo przedrzeć się przez gąszcz nazwisk osób i faktów, z którymi główny bohater ma do czynienia. Jednak do uzyskania całkowitej satysfakcji z czytania dochodzi wtedy, gdy poznajemy główną myśl autora. A to jest możliwe, niestety, dopiero po przeczytaniu powieści i zastanowieniu się nad jej treścią. Dlatego jest to dobra książka. Jak zwykle zresztą u Umberta Eco.


Adam Klupczyński
Czerlonka Leśna
DKK w Hajnówce